Rozdział IV

Obudziłem się rano w swoim łóżku. Prawdopodobnie przyniósł mnie tutaj Aleks. Podniosłem się do siadu, a przed oczami zawirował mi świat. Padłem z powrotem na poduszkę i zacisnąłem usta. Leżałem tak jeszcze chwilę i czułem, że z moim żołądkiem są jakieś problemy. Starałem się powoli wstać, co nie było łatwe. Dotarłem do łazienki, a w tym samym momencie wczorajsza kolacja stwierdziła, że chce zobaczyć światło dzienne. Co do diabła nie podobało jej się w moim układzie pokarmowym?
Nachyliłem się nad ubikacją i uwolniłem całe wpół przetrawione jedzenie. Ponownie zakręciło mi się w głowie, więc przytrzymałem się ściany. Poza dźwiękami wydostającymi się z mojego gardła usłyszałem jeszcze jak otwierają się drzwi. Kiedy mój organizm się uspokoił, skierowałem wzrok na osobę stojącą w progu. Moja mama była widocznie zaniepokojona tym, co się ze mną działo. Podszedłem bez słowa do umywalki i przepłukałem gardło. Niestety nadal miałem w nim ten kwaśny, drażniący smak. Spojrzałem do lusterka. Moje oczy były załzawione i czerwone.
- Nic nie piłem. - wymruczałem.
- W takim razie marsz do łóżka. - po tych słowach poczułem się trochę jak w podstawówce.
Wróciłem chwiejnym krokiem do pokoju i z powrotem zakopałem się pod pościelą. Było mi tak tragicznie niedobrze, że jedyne o czym teraz marzyłem, to zasnąć. Jednak moja rodzina chyba nie wzięła tego pod uwagę, gdyż chwilę później pojawił się przy mnie brat wraz z naszą rodzicielką.
- Grypa – stwierdziła przy wstępnych oględzinach. Postawiła przede mną kubek gorzkiej herbaty i jakieś tabletki.
       Aleks na niewiele mógł się zdać w takiej sytuacji. Co jakiś czas zaglądał do mojego pokoju, aby sprawdzić, jak się czuję. Większość dnia przespałem, albo modliłem się w duchu, aby sytuacja z rana się nie powtórzyła. Nie ruszyłem ani grama tego, co było mi podstawiane pod nos. Nawet na wafle ryżowe nie mogłem patrzeć. Od samego widoku jedzenia mnie mdliło. Bolały mnie stawy i czułem się, jakby coś przemieliło mnie przez maszynkę do mięsa.

                                                                      ~Xavery~
       Brunet wsiadał do samochodu po skończonych lekcjach. Zastanawiał się, dlaczego nie spotkał dzisiaj Nathaniela. Co takiego się stało, że chłopaka nie było w szkole.
Odpalił silnik i ruszył do domu, choć wcale nie chciał tam wracać. Przez dwa dni zdążył utwierdzić się w przekonaniu, że rodzice nie zawsze kochają bezwarunkową miłością. To uczucie ma wiele warunków, a jednego z nich niestety nie udało mu się spełnić. Ostatnio usłyszał mnóstwo przykrych słów, które mnożyły się za każdym razem, kiedy przekraczał próg własnego mieszkania. Uderzył w kierownicę, kiedy już stał pod swoim blokiem. Zacisnął zęby i wysiadł z auta. Stawiał kroki wolno i bardzo uważnie, a coraz bliżej był swoich drzwi, tym bardziej chciał się cofnąć. W końcu otworzył je i wszedł do środka najciszej jak tylko było to możliwe. Rozebrał się z warstwy ciuchów, chroniących go przed mrozem i bez słowa skierował się do własnego pokoju. Na drodze jednak stanęła mu jego młodsza siostra.
- Mamusiu, braciszek wrócił! – wykrzyczała zadowolona i zupełnie nieświadoma konsekwencji swoich czynów. Błyskawicznie przy niej pojawiła się starsza kobieta i objęła ją w taki sposób, jakby chciała uchronić dziewczynkę przed swoim synem. Jakby mała miała się czymś od niego zarazić.
- Lila, tutaj już nikt poza tobą nie cieszy się, że „braciszek wrócił”. - skierował te słowa do ośmiolatki, a na matkę spojrzał z pogardą. Szybko zszedł im z oczu i zamknął się w jedynym miejscu, gdzie miał względny spokój. Za ścianą dało się jeszcze słyszeć zawiedziony i płaczliwy głos dziecka, lecz zignorował to, zakładając słuchawki.

                                                                    ~Nathaniel~
       Już dawno zapomniałem jak męcząca jest choroba. Dopiero po dwóch dniach leżenia w łóżku, udało mi się wstać bez większych problemów z moim błędnikiem.
Całą niedzielę spędziłem na nadrabianiu zaległości i tak nastał poniedziałek. Ponownie musiałem pojawić się w murach szkoły. Nabrałem powietrza do płuc i ruszyłem przed siebie.
       Miałem dzisiaj pewien plan, chociaż jak na mnie, był on totalnym absurdem. Nie wiem co mną kierowało, bo nagle postanowiłem zignorować ostrzeżenia Aleksa, ponadto nie zaprzestałem łamania własnych zasad. Podszedłem do Xaverego i spojrzałem mu w oczy. Wykorzystując fakt, że poza nami w szatni nie było nikogo, oplotłem moimi chudymi rączkami jego szyję, stanąłem na palcach i złączyłem nasze usta w pocałunku. Brunet chyba na początku nie wiedział, co się dzieje, gdyż był sztywny i przestraszony. Dopiero po chwili dotarło do niego, że ktoś go całuje. Wplótł palce w moje blond włosy i przejechał językiem po mojej wardze. Ja umożliwiłem mu dostanie się dalej, przez delikatne uchylenie ust. Jego język błyskawicznie wykorzystał sytuację i już błądził po moim podniebieniu. W pewnym momencie zapomniałem jak się oddycha. Oderwałem się od niego i zaczerpnąłem powietrza. Na szczęście wokoło nadal nie było żywej duszy. On patrzył na mnie i nie za bardzo wiedział, co ma teraz zrobić. Położyłem dłoń na jego klatce piersiowej i oparłem też o nią czoło.
- Naucz mnie żyć. - wymamrotałem cicho. Chłopak pogłaskał mnie po głowię, chwycił za brodę i ponownie pocałował. Był to krótki i szybki pocałunek, aczkolwiek poczułem coś, czego dotąd nie znałem. Jakby brunet tym gestem chciał mi coś przekazać.
Usłyszeliśmy kroki ludzi, zbliżających się no nas. Po chwili zostałem zaciągnięty do jakiegoś samochodu. Doprawdy, to był już drugi raz w ciągu tygodnia.
- Co robisz? - spytałem piwnookiego, siedząc już na miejscu pasażera.
- Jedziemy na wagary. - wyjaśnił krótko i spojrzał na mnie. Na jego twarzy gościł tak szeroki uśmiech, że zacząłem się zastanawiać, jakim cudem jest to możliwe. Odjechaliśmy z piskiem, a ja szybko zapiąłem pasy.
       Po parunastu minutach, kiedy wyjrzałem za okno, zobaczyłem białe, delikatne płatki spadające z nieba. Wirowały na wietrze, a z każdą chwilą było ich coraz więcej. Ja uwielbiałem takie momenty, aczkolwiek Xaveremu nie bardzo pasował taki obrót spraw, gdyż to on prowadził. Zatrzymaliśmy się w naszym mieście, na osiedlu niedaleko mojego domu.
- Co my tu robimy? - byłem lekko zaciekawiony
- Nie będziemy w taką pogodę siedzieć gdzieś na zewnątrz. - ponownie jego twarz ozdobił uśmiech, ale tym razem znacznie mniejszy.
Weszliśmy do jednego z bloków, a potem schodami na czwarte piętro. Po chwili otworzył drzwi do swojego mieszkania.
Było ładnie urządzone. Widać było w wystroju kobiecą rękę. Na ścianach wisiały różne zdjęcia, wszędzie było pełno kwiatów, a całość sprawiała wrażenie bardzo przytulnego mieszkanka.
       Chłopak zaprowadził mnie do swojego pokoju, a sam udał się do kuchni. Usiadłem na łóżku i rozglądałem się dookoła siebie.
Półki były wypełnione książkami, co napełniło moje serce wielką radością. Jakby jeszcze to on je wszystkie przeczytał, to może i udałoby mi się w nim zakochać.
Wrócił do pokoju z dwoma kubkami parującej herbaty. Postawił je na stoliku niedaleko mnie i puścił jakąś muzykę, aby leciała w tle.
- Nath.. słuchaj... o co chodziło?
- Nic takiego.. już nie ważne. - spanikowałem. Nie wiedziałem jak usprawiedliwić swoje zachowanie i było mi wstyd. Spuściłem głowę i miałem nadzieję, że zostawi ten temat w spokoju, tak jak robi to Aleks, kiedy ja nie chce o czymś rozmawiać. Brunet jednak nie odpuścił. Położył mi rękę na ramieniu, a po paru sekundach już byłem w jego objęciach. Nie rozumiałem, co miała taka metoda zdziałać. Przecież to, że ktoś mnie przytuli, nic nie zmieni. Mój brat też często tak robił, ale zazwyczaj była to jego zwyczajna zachcianka, na co ja zazwyczaj przystawałem.
Wywróciłem oczami i czekałem, aż zostanę uwolniony. Trwało to co prawda sporo czasu, ale w końcu zostałem oswobodzony.
       Nie mogłem tak po prostu wszystkiego zaprzepaścić. Do licha, ja pocałowałem chłopaka sam. Sam samiusieńki z własnej inicjatywy. To nie może teraz iść na marne. Westchnąłem cicho i zacząłem bawić się kawałkiem pościeli, który teraz znajdował się w moich rękach.
- Chce z tobą być i chce się nauczyć żyć. - wymruczałem trochę speszony i czułem jak moje policzki robią się czerwone.
Xavery siedział bez słowa przez pewien czas, a cisza między nami stawała się coraz bardziej uciążliwa. W końcu zacząłem żałować, że zrobiłem coś tak beznadziejnie głupiego. Podniosłem wzrok i kątem oka zobaczyłem, jak po raz trzeci dzisiejszego dnia, twarz chłopaka jest zdobiona uśmiechem. Najwyraźniej moje wyznanie mu się spodobało, aczkolwiek mi było głupio, że tak się poniżyłem. Po głowie krążyła mi jeszcze jedna myśl. Aleksander mnie zabije. Ewentualnie w przejawie większej łaski, zamknie mnie w swoim pokoju i przykuje do kaloryfera, żebym mu nigdzie nie uciekł. Zostawiłem jednak te obawy na później.

       Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale mam już ponad osiemnaście lat i chyba najwyższy czas nauczyć się funkcjonować. Więc zacisnę zęby i wytrzymam nawet bliskość drugiej osoby, a nuż wzbudzi we mnie jakieś inne uczucia niż nienawiść i wściekłość.
       Resztę dnia oglądaliśmy telewizję, nawet coś ugotowaliśmy, gdyż jego rodziców miało nie być w domu do końca tygodnia. Rozwinęła się też rozmowa na temat książek i szczerze mi zaimponował, gdyż do tej pory nie spotkałem tak oczytanego człowieka. Jednak mi w tym nie dorównywał.
       Na dworze było już ciemno, a mi całkowicie wyleciało z głowy, że powinienem być już dawno w domu. Położyłem się na jego łóżku i przymknąłem oczy. Nagle poczułem, jak jestem zmęczony. Zaraz obok mnie położył się brunet i zaczął jeździć ręką po moim brzuchu. Po chwili się podniósł, opierając się na łokciach i nachylił się nad moją twarzą. Złożył jeden pocałunek, potem drugi, trzeci, czwarty, a kiedy zaczęły się pogłębiać, chyba obaj za bardzo się zatraciliśmy. Nasze języki tańczyły w namiętnym tańcu, a jego ręce błądziły bez celu po moim ciele. Nawet nie byłem świadomy, że mój organizm tak desperacko potrzebował takiej bliskości, kiedy umysł stanowczo kazał mi się od czegoś takiego trzymać jak najbardziej z daleka. Czerwone i gorące wypieki na mojej twarzy bardzo podobały się piwnookiemu. Dopiero kiedy poczułem, że jego dłonie wędrują już zbyt nisko, odepchnąłem go szybko od siebie i ciężko oddychając spojrzałem na niego moimi dużymi, ciemnymi oczami. Na takie zabawy było zdecydowanie za wcześnie.
Objąłem jego szyję i zdecydowanym ruchem przyciągnąłem z powrotem do siebie. Dałem mu jeszcze jednego całusa, po czym obróciłem się na bok. On położył swoją rękę na moim biodrze i położył się za mną. Zasnąłem w jednej chwili.
       Rano zorientowałem się, co ja właściwie zrobiłem. Nie miałem na myśli związku, gdyż tego byłem całkowicie świadomy wczoraj. Chodziło o to, że nie wróciłem na noc do domu, co może nie byłoby wielką tragedią dla mojej mamy, co bardziej dla brata. Wstałem z łóżka i starałem jakoś się ogarnąć, jednak moje włosy stanowczo odmawiały współpracy. Xavery odwiózł mnie pod dom, chociaż miałem do siebie zaledwie 20 min drogi. Stałem przed drzwiami i zastanawiałem się, jak wściekły będzie Aleks. Westchnąłem cicho i otworzyłem drzwi. Wszedłem powoli do środka i zacząłem zdejmować buty. Wyprostowałem się, a on już stał w progu z założonymi rękami.
- Gdzieś ty do licha był? - zapytał z wyrzutem.
- Wszędzie. - odpowiedziałem krótko. Nie lubiłem być dla niego taki, jaki byłem dla wszystkich, ale był to jedyny sposób, żeby nie dowiedział się tego, czego sam podświadomie nie chciał wiedzieć.              Teraz się trochę zdenerwuje, nie będzie się do mnie odzywał przez jakiś czas, a potem mu przejdzie. Postanowiłem przyspieszyć obrót spraw i przytuliłem się do niego.
- Przepraszam – wymruczałem mu do ucha. Miałem jeszcze nadzieję, że nie wyczuje zapachu innego mężczyzny, bo wtedy na nic by się zdały próby udobruchania mojego brata.

~~~~
Hej
To znowu ja, z kolejnym rozdziałem. Mam nadzieję, że wam się spodoba :D
Do następnego razu~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz